Hola Amigos! Mój blog ożył : ) Dawno w ciągu tak krótkiego okresu czasu nie dodałem dwóch sesji. Cóż, próbuję spożytkować te chwile lekkiego rozprężenia, które następują co roku po świątecznym zamieszaniu i sylwestrowo-noworocznych szaleństwach. Tym razem zapraszam na spotkanie z Michałem i Iwoną oraz jedną z przepięknych Wysp Kanaryjskich – Teneryfą. Nie dziwi mnie już, że tą wyspę nazywają małym kontynentem. Jest tu ocean, suche, niemal pustynne południe, wilgotna i zielona północ oraz góry wśród których najwyższy szczyt to wulkan El Teide (3718m n.p.m.). Do tego dochodzi klimat wsi, miasteczek, palm, wszelakiego rodzaju drzew (tak, drzew!) fikusopodobnych, wszechobecnych skał wulkanicznych, plaż z czarnym piaskiem (wbrew swojemu kolorowi jest o wiele czystszy niż nasz bałtycki żółty : ) ) oraz czar wspaniale brzmiącego języka hiszpańskiego. Z pewnością zakochałem się w tym miejscu na Ziemi! Moi bohaterowie również. Zarówno Michał jak i Iwona okazali się bardzo kontaktowi od samego początku. A to już połowa sukcesu w przypadku fotografowania. Kontakt. Bez niego pracuje się ciężko, choćby się stało w najpiękniejszych sceneriach świata. Śmiech, a co za tym idzie dobry humor nie opuszczał nas ani na chwilę. Może czasami było go aż za dużo, bo odbierał koncentrację, ale co tam… byliśmy w miejscu, gdzie słońce świeci przez cały rok! A gdzie słońce tam rozluźnienie, radość i brak stresów : ))) W tak interesujących okolicznościach przyrody powstała sesja z ich podróży poślubnej. Zapraszam do oglądania wybranych zdjęć, które wtedy powstały. Dziś będzie troche inaczej. Trochę moich młodożeńców i trochę “smaku” Teneryfy. Wiem jedno, jeśli komuś z Was zamarzy się kiedyś sesja w tak egzotycznych klimatach, to chętnie się tam jeszcze wybiorę ; )







a tutaj wymarzony Merc Michała. Było ich tam pełno, a każdy w niemal idealnym stanie.













I tu rozpoczynamy baaardzo skrótową wycieczkę po wyspie. Nie sposób pokazać wszystkie piękne zakątki, ale postarałem się wybrać kilka bardziej malowniczych ujęć.
















Autoportret pod szczytem wulkanu. Jedyne miejsce gdzie mocno wiało i było naprawdę zimno.

a tutaj wśród bardzo przyjaznych mieszkańców zwanych “canariños”, którzy przesiadują na wszystkich możliwych ławkach upajając się spokojem popołudniowych godzin. I to już wszystko na dziś. Adios! : )
